Kup teraz
kup teraz
Kup terazkup teraz

MENU:


Kociarze.pl
  • slide1
Koniec laby

Koniec laby

Autor: Magdalena Łoś
Data dodania: 05.01.2018

Koniec laby

Autor: Magdalena Łoś

Data dodania: 05.01.2018


Cały świąteczny pobyt w górach z naszymi zwierzętami przebiegał w atmosferze spokoju. Co więcej, byłam naprawdę mocno zaskoczona, jak bezproblemowo Tosia reaguje na zmianę otoczenia. Zawsze słyszałam, że koty przyzwyczajają się bardziej do miejsc niż do ludzi, więc moje obawy były uzasadnione tym właśnie przekonaniem. Okazało się, że nasza kotka zdecydowanie podważa tę teorię i dużo bardziej jesteśmy jej bliżsi my, aniżeli mieszkanie, w którym żyje.

Z wypoczynkiem jest tak, że kiedy w końcu przyjdzie na niego czas, tempo upływu godzin nagle przyspiesza i nim się człowiek obejrzy, już trzeba się pakować, by wracać do domu. To takie niesprawiedliwe, nawet nie poczułam, że minęło tak dużo czasu odkąd przyjechaliśmy… Dzień przed odjazdem rozpoczęliśmy z Kacprem dyskusję o tym, jak zaaplikować Tośce lek, który dostała od weterynarza na czas podróży. Mieszanie z karmą nie przeszło więc trzeba znaleźć inny, skuteczny sposób. Na szczęście, zapisany specyfik ma postać proszku zamkniętego w kapsułce, zatem można by go łatwo wsypać Tosi do pyszczka. To chyba jedyna opcja, by kotka dostała określoną dawkę tego „cuda”.

Cały poranek w dniu wyjazdu chodziłam poddenerwowana czy nasz pomysł jest aby na pewno skuteczny, ale nie mogliśmy zrobić nic innego, by zadbać o komfort jazdy naszej Tośki. Zdecydowaliśmy, że to Kacprowi przypadnie w udziale trzymanie kotki na kolanach i otwieranie jej pyszczka, natomiast ja byłam odpowiedzialna za wsypanie zawartości kapsułki. Nie wiem jak to jest z intuicją naszych podopiecznych, ale kiedy nastał „ten” czas, Tosia zniknęła z pola widzenia i schowała się głęboko pod łóżkiem, jakby czuła, że szykujemy jakiś podstęp. Na szczęście Kacper jest posiadaczem dość długich rąk i zgrabnie wyciągnął ją, sadzając jednocześnie na kolanach. „No dobrze, działamy” - pomyślałam i szybkim ruchem sypnęłam proszek na tył języka kotki. Jej reakcja była natychmiastowa - zaczęła potwornie się ślinić, uszy skierowały się do tyłu, a ogon latał z prawej do lewej strony, dając nam tym samym do zrozumienia, że niezadowolenie sięga zenitu. Usprawiedliwiałam nasz czyn tym, że robimy to wszystko dla jej dobra i komfortu, a nie chcąc jej zrobić na złość. Pozostało tylko spryskać transporter feromonami, odczekać piętnaście minut, a następnie zapakować kotkę i wyruszyć w długą podróż. Kacper znacznie lepiej radzi sobie w kwestii wsadzania Tośki do jej nosidełka, więc zostawiłam mu tę wątpliwą przyjemność i sama poszłam dopinać ostatnie walizki. Kotka gotowa do jazdy, zatem można było już iść do samochodu. Ostatni rzut okna na nasz hotelowy pokój z cudownym widokiem, głęboki wdech (będący chyba oznaką żalu, że trzeba wracać) i można zamykać drzwi. Nie zdążyłam przekręcić jeszcze klucza w zamku, kiedy usłyszałam za plecami słowa „Tośka, wracaj!”. Wracaj? Gdzie niby ma wracać, skoro siedzi zamknięta w swoim plastikowym domku? Odwróciłam się w ich stronę i ujrzałam biegającego po korytarzu Kacpra, który usiłuje złapać naszą kotkę. Na szczęście cała akcja trwała tylko kilka sekund, ale i tak przez myśl przeszło mi sporo myśli. Chociażby takie, że przed podróżą planowałam kupić nowy, solidniejszy transporter, ale mój narzeczony uznał, że jest to niepotrzebny wydatek, bo przecież ten nadaje się jeszcze do użytku. Miałam inne zdanie na ten temat, ale niestety, posłuchałam się i odpuściłam ten zakup. Tosia musiała być na nas naprawdę zła, skoro miała siłę samodzielnie wypchnąć drzwiczki od transporterka. Nie sądziłam, że jest do tego zdolna i trochę obawiałam się tego, co będzie działo się w samochodzie podczas jazdy, bowiem zdaję sobie sprawę, że kiedy Tośce uda się dokonać tego, co sobie zaplanowała i wie, jak to zrobić, będzie próbowała to powtórzyć. „Nie, nie, nie… Koniec z czarnowidztwem - wszystko będzie dobrze i na pewno droga powrotna przebiegnie tak samo, jak poprzednio” - pomyślałam schodząc schodami z trzeciego piętra w hotelu obładowana torbami. Kiedy w końcu udało mi się przybyć do samochodu, w którym wszyscy już na mnie czekali, usiadłam zmęczona po czym zadziwiła mnie panująca cisza. „Chyba nie będzie jednak tak źle. Może lek zaczął działać i Tosia będzie oazą spokoju?” - powiedziałam do Kacpra, który jednocześnie odpalił silnik. Nie przypuszczałam, że mogę się aż tak mylić… 


Magdalena Łoś

Magdalena Łoś - z wykształcenia dziennikarka - ukończyła Politechnikę Koszalińską, z zamiłowania fotografka i wokalistka. Miłośniczka zwierząt (według niektórych aż do przesady). Dumna posiadaczka kotki - Tosi oraz psa - Morisa, które są jej oczkiem w głowie. Każdą wolną chwilę poświęca na rozwijanie swoich pasji i aktywne spędzanie czasu we wszelkich miejscach - zarówno na działce sadząc kwiatki, w kuchni odkrywając nowe smaki, a także wszędzie tam gdzie ma do spełnienia jakąś „misję”. 

Powrót     ➝

Komentarze:

Zuzia59
Zuzia59 10.01.2018, 01:21

Mam nadzieję, że podróż zakończyła się szczęsliwie, chociaż ostatnie zdanie świadczy o tym ,że nie obyło się bez przygód.